W sali treningowej na wszystkich ścianach wisiały różne sztylety, miecze i noże. Luke wziął jeden z nich i już chciał się zamachnąć by rzucić w tarczę znajdującą się tuż obok drzwi gdy nagle one się otworzyły. Przez próg przeszła dobrze znana mu osoba. To była Miley, ubrana w czarne rurki i niebieską podkoszulkę . Ogólnie była ładną dziewczyną o ciemnych kręconych włosach, lecz Luke nigdy nawet o tym nie pomyślał. Traktował ją jak rodzine i pomimo jej urody nie chciał niczego więcej poza ich koleżeństwem.
-Coś się stało?- zapytał Luke.
-Nie. Chociaż w sumie to tak. James wrócił, stoi przed bramą - oznajmiła.
-No i co z tego? Zawsze wraca.
-Chodzi o to, że wrócił, ale nie sam. Przyszedł z Lucie- dziewczyna nie patrzyła w jego oczy, bo bała się reakcji na tą wiadomość, pomimo, że to nie miało nic wspólnego z nią samą.
-Jak to z Lucie? ! Przecież ona jeszcze nic nie wie, nie jest gotowa! - podnosił głos do tego stopnia, że pewnie było go słychać nawet na końcu korytarza.
-Nie krzycz na mnie. To nie moja wina, a ty tak to właśnie traktujesz- Miley odwróciła się na pięcie i wyszła z sali.
Luke przez kilka sekund stał i zastanawiał się nad tym co właśnie się stało. Gdy wreszcie się otrząsnął, odłożył na miejsce nóż, który cały czas trzymał w ręce. Wyszedł z sali i zaczął schodzić ze schodów na dół. Gdy był w ich połowie zauważył, że w holu są już wszyscy. Zszedł z nich i stanął w kącie pomieszczenia czekając aż Jem i Lucie wejdą do Instytutu. Nie mógł poukładać sobie w głowie tego, że Lucie już wie. Ale nie chodziło o to. Bolało go to, że wszystko uświadomił jej James a nie on sam. Gdy dowiedział się, że jego parabatai jest "zakochany" w Lucie to cieszył się jego szczęściem. Teraz czuł jedynie zazdrość, zazdrość, która nie dawała mu spokoju. Luke nie był w niej zakochany, ale jakaś jego część w pewnym sensie ciągnęła go do niej a on nie mógł tego zrozumieć.
***
James i Lucie przechodzili właśnie obok opuszczonego bloku mieszkalnego. Był szary i bardzo smętny. Przy nim znajdował się plac zabaw. Huśtawki i zjeżdżalnie były popsute. Wszystko wyglądało tak jakby ktoś jednym ruchem zabrał wszystkie kolory. Całe to miejsce sprawiło, że po plecach Lucie przeszły ciarki, więc mocniej wtuliła się w tors James'a.
-Zimno ci? - spytał troskliwie patrząc w jej oczy.
-Nie. Po prostu to miejsce wydaje się trochę straszne- oznajmiła.
Jem położył ręce na jej ramionach i postawił ją na przeciwko siebie.
-Posłuchaj. Jesteś Nocną Łowczynią, nie bój się bo na prawdę nie ma czego. Jesteś bardzo dobrze wyszkolona choć tego nie pamiętasz. Gdyby coś się stało, ja również tu jestem, ale sądzę, że sama świetnie byś sobie poradziła- po tych słowach uśmiechnął się szeroko.
- Wątpię, że dałabym radę sama pokonać jakiegoś demona. Ja nic nie pamiętam. Nawet jeśli byłam wyszkolona, to w tej chwili można powiedzieć, że już nie jestem- spuściła głowę i skrzyżowała ręce na piersi.
James delikatnie dotknął jej podbródka i uniósł jej twarz do góry.
-Dla mnie byłaś, jesteś i będziesz najlepszą Nocną Łowczynią na świecie. Wiem, że nic nie pamiętasz, ale to nie szkodzi. Wszystkiego cię nauczę. Jesteś dla mnie bardzo ważna. Będę przy tobie, będę się tobą opiekował i cię chronił. Obiecuję ci to- słowa same wypływały z jego ust.
Lucie czuła jak rumieni się na całej twarzy. Teraz wreszcie czuła się dla kogoś ważna. A Jem z każdą minutą stawał się coraz bliższy jej sercu.
-Chodźmy już, wszyscy na pewną chcą cię poznać- powiedział chłopak.
Lucie przytaknęła i poszli w stronę Instytutu.
***
James otworzył wielkie drzwi i przepuścił Lucie w przejściu. Weszli do holu i zauważyli, że wszyscy tam stoją i patrzą się na nich.
-Co wy wszyscy tutaj robicie?- zapytał Jem ze zdezorientowaną miną.
-Czekamy na was- wytłumaczyła średniego wzrostu blondynka i wyrwała się do przodu. - Dzień dobry Lucie, jestem Samanta, szefowa Instytutu, a to mój mąż, Igor- wskazała na wysokiego bruneta.
-Miło mi cię poznać- odezwał się.
-Mi również- powiedziała nieśmiale Lucie.
Dziewczyna czuła się bardzo nieswojo. Odsunęła się kawałek do tyłu i złapała James'a za rękę. On spojrzał na nią, uśmiechnął się lekko, a z jego ust udało się jej odczytać słowa: nie bój się. Trzymając ją cały czas za rękę zrobił krok do przodu, ona razem z nim.
-To moja siostra, Miley- wskazał na drobną dziewczynę, która zbliżyła się z ich stronę. Była na prawdę ładna i miała takie same niebieskie oczy jak jej brat. - Luke'a już znasz, więc nie muszę ci go przedstawiać.
-Miło z twojej strony Jem, że wogóle poinformowałeś nas, że będziemy mieć gościa- odezwał się Luke.
Cały czas stał w rogu pokoju i jego większa część znajdowała się w cieniu padającym ze schodów. James spojrzał na niego pytająco, ale nie miał za miaru rozmawiać z nim przy wszystkich.
-Luke, możemy chwilę porozmawiać? - zapytał.
Chłopak pokiwał twierdząco głową, oderwał się od ściany i wszedł do jednego z wieku pokoi znajdujących się na parterze Instytutu. James chciał już ruszyć za nim, ale wtedy Lucie złapała go obiema rękami i spojrzała na niego smętnym wzrokiem. On stanął na wprost niej i wziął obie jej ręce w swoje dłonie.
-Zaraz wrócę, nie bój się, my wszyscy tutaj jesteśmy jak rodzina, ty również.
-Ale ja znam tylko ciebie i Luke'a a teraz oboje mnie zostawiacie- posmutniała na myśl o Luke'u.
Ostatnio gdy się z nim widziała prawie całą swoją uwagę poświęcała Jem'owi, a później nawet nie napisała do Luke'a.
-Ja się nią zajmę- oświadczyła Miley. - Ty już idź James, a my jakby coś będziemy w moim pokoju- złapała Lucie za rękę i obie udały się w górę po schodach.
Gdy prawie za nimi zniknęły, chłopak zdążył zauważyć zaniepokojenie na twarzy Lucie, ale wiedział, że tu jest ona bezpieczna. Gdy już nie było ich widać udał się w ślady swojego parabatai i gdy już miał wejść do pokoju gościnnego usłyszał głos Samanty.
-Jem- podeszła do niego.- Dobrze zrobiłeś, że jej powiedziałeś, ktoś i tak by kiedyś musiał to zrobić, a widać po niej, że bardzo cię lubi, więc tym bardziej lepiej, że usłyszała to od ciebie- uśmiechnęła się.
-Sam nie wiem. Nie zrobiłem tego za szybko?
-Nie- zapewniła go.- Kolacja będzie za pół godziny, przyjdź z Lucie- odwróciła się i weszła do salonu.
***
James wszedł do pokoju gościnnego i zobaczył, że Luke stoi oparty o nierozpalony kominek.
-O co ci chodziło gdy przyszedłem z Lucie? - zapytał siadając w fotelu.
Zasłonki w oknach były opuszczone, a na biurku w rogu paliła się jedna lampka, więc w pokoju było ciemno.
-To ja miałem jej powiedzieć, nie ty, ja. Zgodziłem się na to, żebyś mi pomagał, ale nie na to, żebyś wszystko robił za mnie- oznajmił z pogardą nawet nie patrząc na swojego parabatai.
-Na prawdę? O to ci chodzi? O to, że mi zaufała? Jesteś zazdrosny? - wszystkie pytania wychodziły z ust bez jego kontroli.- Ona miała sen o Alex'ie i o mnie, w tym śnie dowiedziała się nie których rzeczy a ja nie mogłem jej okłamywać. Jeśli masz być przez to na mnie zły to proszę bardzo, to co zrobiłem było moim obowiązkiem wobec niej.
-Mylisz się. To był mój obowiązek, a ty go sobie przywłaszczyłeś, ją również- wsadził ręce do kieszeni i wyszedł z pokoju.
James wyszedł tuż za nim, chciał go zatrzymać, ale gdy się rozejrzał Luke'a nigdzie nie było.
***
Zanim dziewczyny znalazły się w pokoju siostry Jem'a, Miley oprowadziła Lucie po całym pierwszym piętrze Instytutu. Wiedziała teraz gdzie znajduje się pokój dziecinny- gdyby trafili tu Nocni Łowcy z dziećmi- , pokój Luke'a, pokój James'a i sala treningowa na przeciwko, której znajdował się pokój gościnny. Obok tego pomieszczenia znajdowało się miejsce, które Miley nazywała swoim "królestwem" , czyli jej pokój. Gdy do niego weszły, Lucie zobaczyła ściany pomalowane na szary kolor, powieszone były na nich plakaty różnych zespołów muzycznych i piękne obrazy krajobrazów. W rogu stała szafa na ubrania, w drugim rogu szafka nocna, a obok niej łóżko wyścielone różową kołdrą i poduszkami. Po drugiej stronie pokoju stało brązowe biurko na którym leżały różne niedokończone rysunki, a przy nim krzesło na kółkach. Po lewej jego stronie znajdowało się okno, a po prawej mały balkonik. Na jednej ze ścian narysowane były jakieś dziwne znaki, których Lucie nigdy do tej pory nie widziała, ale jednak z czymś jej się kojarzyły. Podeszła do nich i zaczęła się im dokładnie przyglądać.
-To są runy- powiedziała Miley stając obok niej. - Nefilim rysują je na swojej skórze, każdy z nich oznacza coś innego, na przykład ten- wskazała na jeden ze znaków- to znak, który rysujemy sobie gdy jesteśmy ranni. A ten- pokazała jej ten, który najbardziej przykuwał uwagę- to znak parabatai, taki jaki można znaleźć u Jem'a i Luke'a.
Lucie spojrzała na dziewczynę i zauważyła, że na jej skórze nie ma żadnych z tych, które widać na ścianie.
-Ty nie masz żadnych runów, James też nie- całkiem pogubiła się w tym wszystkim.
-Mamy je, ale po prostu trochę wyblakły, w tej chwili są białe i słabo je widać, dlatego, że ostatnio ich nie malowaliśmy - wytłumaczyła jej Miley.
-Czyli żeby były widoczne cały czas to trzeba je bardzo często robić, tak?
Dziewczyna przytaknęła, podeszła do swojego łóżka i rzuciła się na nie.
-Twój pokój wygląda normalnie, a nie jak jakaś sala tortur czy coś w tym stylu.
-Dlaczego niby miałby tak wyglądać? To, że zabijamy demony i inne takie, to nie oznacza, że jesteśmy jakimiś psychopatami co myślą tylko o czyjejś śmierci.
Lucie podeszła do biurka i wzięła do ręki jeden z rysunków, które tam leżały.
-To twoje dzieło? - zapytała.
-Nie nazwałabym tego dziełem- zachichotała- , ale tak, ja to rysowałam.
-Masz wielki talent- oznajmiła.
-A ty zaburzenia wzroku.
Obie się zaśmiały. Wtedy do pokoju wszedł Jem.
-Kolacja jest już gotowa. Chodźcie- oznajmił.
-No nareszcie! Jestem strasznie głodna! - Miley rzuciła się do wyjścia i pobiegła w dół do jadalni.
James podszedł do Lucie, wziął ją za rękę i spojrzał na rysunek, który trzyma w ręce.
-Było aż tak strasznie? - zapytał.
-Nie. Masz świetną siostrę i czuję, że będę się z nią dobrze dogadywać. A do tego ma wielki talent plastyczny, ty również?
-Nie, ale ja za to gram na fortepianie i skrzypcach- uśmiechnął się.
-Musisz koniecznie coś dla mnie zagrać.
-Dobrze. Ale teraz chodźmy już na kolację.
Dziewczyna przytaknęła i razem udali się w stronę jadalni.
---------------
Czytasz = komentujesz
To na prawdę motywujące :)